Rozbudził ich głębokie zainteresowanie swoim bogatym księgozbiorem (rozpoczęło się niedozwolone czytanie pod kocami); dla najmłodszych, którzy przychodzili do gabinetu czymś się pochwalić, zawsze miał pod ręką cukierki.
To Ojciec był też zmuszony rozwiązać chyba najtrudniejszy z problemów wychowawczych, który pojawił nieoczekiwanie wtedy, gdy zdaniem wielu obserwatorów Dowlaszowie już osiągnęli sukces – stworzyli rodzinę. Groźna sytuacja mogła być zwiastunem porażki idei domu rodzinnego – z kuchni ukradziono złoty pierścionek ze szlachetnym kamieniem, cenną pamiątkę „cioci” po jej tragicznie zmarłym narzeczonym. Weronika zwątpiła w możliwość przemiany starszych dzieci (miała pretensje do męża, który wybrał członków pierwszej ekipy budowlanej, sugerowała wprowadzenie ograniczenia wieku sierot przyjmowanych do rodziny). Również Grzegorz Dowlasz – mocno związany z każdym z członków „grupy zbuntowanych” – poczuł się boleśnie zawiedziony, zarówno tym, że w Domu znalazł się „obcy” (złodziej – czy jeden?), jak tym, że od pozostałych nie usłyszał słów potępienia. Zagroził wszystkim usunięciem ich z Domu, jeżeli „zguba” nie „znajdzie się” w ciągu trzech dni (rozmowa była pozornie spokojna). Obiecał, że sprawa pójdzie w niepamięć, jeżeli się znajdzie.