Komendantem obozu był major NKWD, Aleksander Kałasznikow. Nosił polski mundur i nieudolnie starał się wmówić więźniom, że jest Polakiem. Wcześniej pełnił funkcję komendanta jednego z łagrów na Workucie, gdzie był nazywany „krwawym Aloszą”, a jego okrucieństwo zostało opisane w jednym z opowiadań Aleksandra Sołżenicyna. Więźniowie obozu w Skrobowie zapamiętali go jako człowieka brutalnego i ordynarnego, często miał przy tym znajdować się pod wpływem alkoholu. Zastępcą komendanta był kpt. Władymir Polakow, a szefem Informacji Wojskowej mjr. Fiodor Ruchajło. W okolicy stacjonował batalion liczący od 1100 do 1200 żołnierzy, w większości Sowietów.
Warunki w obozie były trudne. Na śniadanie internowani dostawali 300 g chleba i słabą kawę. Na obiad zazwyczaj dawano im wodnistą zupę, a wieczorem pozostałe z niej resztki. Innym typowym posiłkiem była chochla rzadkiej kaszy jęczmiennej, w której często pływały kozie oczy i zęby. Internowani spali na pryczach zbitych z desek, bez pościeli. W Skrobowie panowały niskie standardy sanitarne. Obecne były pasożyty – pchły, pluskwy, wszy i świerzbowce. Wśród internowanych byli lekarze, jednak ich wysiłki niewiele dawały, przez brak dostępu do jakichkolwiek środków dezynfekcyjnych. Obóz bywa nazywany obozem koncentracyjnym.