Szpitale na Woli w czasie powstania warszawskiego – na warszawskiej Woli w okresie powstania w 1944 roku funkcjonowały cztery szpitale.
Najbardziej dramatycznym momentem w powstańczych dziejach szpitali wolskich była masowa rzeź mieszkańców dzielnicy dokonana w pierwszych dniach powstania przez oddziały SS i policji niemieckiej. W „czarną sobotę” 5 sierpnia 1944 Niemcy wymordowali personel i pacjentów Szpitala Wolskiego oraz Szpitala św. Łazarza. Dzień później ofiarą masakry padli także pacjenci Szpitala Dziecięcego Karola i Marii. Dzięki odważnej postawie personelu zagłady uniknął natomiast Szpital Zakaźny św. Stanisława. Po kilku dniach udało się także doprowadzić do wznowienia działalności przez Szpital Wolski. Personel obu placówek aż do końca października 1944 niósł pomoc polskiej ludności cywilnej wypędzanej przez Niemców z Warszawy.
Szpital Wolski thumb|Gmach Szpitala Wolskiego przy ul. Płockiej 26 (obecnie siedziba Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc) thumb|Pomnik upamiętniający ofiary likwidacji Szpitala Wolskiego, stojący przed gmachem Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc thumb|Miejsce pamięci przy ul. Górczewskiej. W czasie rzezi Woli rozstrzelano w tej okolicy nawet do 12 tys. Polaków, w tym 360 pacjentów i pracowników Szpitala Wolskiego Szpital Wolski mieścił się w gmachu przy ul. Płockiej 26. W okresie niemieckiej okupacji stanowisko dyrektora szpitala, a zarazem ordynatora oddziału chirurgicznego, piastował dr Józef Marian Piasecki. Zarówno dyrektor, jak też wielu innych członków personelu lekarskiego i pomocniczego, aktywnie współpracowali z ruchem oporu. O stopniu zaangażowania personelu w działalność konspiracyjną może świadczyć fakt, iż jesienią 1939 w Szpitalu Wolskim odbywały się odprawy kierownictwa Służby Zwycięstwu Polski. W kolejnych latach szpitalne pomieszczenia służyły jako miejsce spotkań i odpraw m.in. komendzie Okręgu Warszawskiego ZWZ/AK oraz kierownictwu Delegatury Rządu na Kraj. Ponadto w szpitalu na Płockiej prowadzono tajne nauczanie medycyny, przechowywano broń i podziemną prasę, ukrywano Żydów oraz osoby poszukiwane przez Niemców, a także udzielano pomocy medycznej żołnierzom Podziemia rannym w akcjach bojowych. W lutym 1944 tamtejsi lekarze bezskutecznie próbowali uratować życie ppor. Bronisława Pietraszewicza ps. „Lot” – dowódcy akcji i pierwszego wykonawcy wyroku na SS-Brigadeführerze Franzu Kutscherze.
W chwili wybuchu powstania placówka dysponująca 480 łóżkami miała 220 chorych leżących. Spośród członków personelu obecnych było m.in. jedenastu lekarzy oraz grupa studentów i studentek medycyny. Dowództwo Armii Krajowej planowało, że po rozpoczęciu zrywu zbrojnego w stolicy Szpital Wolski stanie się centralnym punktem sanitarnym na Woli. Ponadto przed godziną „W” w szpitalu został sformowany patrol sanitarny, którego zadaniem miało być udzielanie pomocy medycznej żołnierzom AK walczącym na Ulrychowie. W skład patrolu, którym dowodził dr Kazimierz Drozdowski, weszło kilku studentów medycyny oraz kilku pracowników fizycznych szpitala. Ze względu na fakt, iż Niemcy szybko rozbili rozwijające się do natarcia na Ulrychów jednostki Obwodu AK „Wola”, członkowie patrolu byli ostatecznie zmuszeni pozostać na Płockiej. Tymczasem w wyniku pierwszych walk stoczonych 1 sierpnia 1944 Szpital Wolski znalazł się na granicy terenów opanowanych przez powstańców i obszarów pozostających pod kontrolą Niemców. Przez kolejne trzy dni do szpitala stopniowo docierali pracownicy, którym wybuch walk uniemożliwił przybycie na czas do miejsca pracy. Odnotowywano także stały napływ rannych oraz uciekinierów z zajętych przez Niemców kwartałów Woli. Szpital był kilkukrotnie wizytowany przez szefa służb sanitarnych Obwodu AK „Wola”.
5 sierpnia oddziały niemieckie dowodzone przez SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha przystąpiły do szturmu na Wolę. Rozpoczęła się jednocześnie masowa rzeź polskiej ludności cywilnej. Tego ranka w bezpośrednim sąsiedztwie szpitala spadło kilka niemieckich bomb lotniczych. Powstańcze dowództwo wysłało do dyrektora Piaseckiego łącznika z poleceniem natychmiastowej ewakuacji szpitala do Śródmieścia. Z powodu braku czasu, a zwłaszcza braku środków transportu pozwalających na wywiezienie kilkuset pacjentów, rozkaz ten był jednak niewykonalny. Niedługo później personel został zawiadomiony, iż niemieccy żołnierze wzywają lekarza na pobliską ul. Wolską. Udał się tam znający doskonale język niemiecki prof. Janusz Zeyland, któremu towarzyszył dr Leon Manteuffel. W trakcie rozmowy niemiecki podoficer ostrzegł polskich lekarzy, iż Wehrmacht nie uczyni im krzywdy, lecz w tym rejonie pojawi się wkrótce SS, a wówczas sytuacja przebywających w szpitalu Polaków „nie będzie do pozazdroszczenia”.
Pierwsi dwaj Niemcy wkroczyli do szpitala przed południem. Interesowali się planem budynku i rozkładem pomieszczeń, lustrując jednocześnie miejsca, skąd powstańcy mieli rzekomo strzelać do niemieckich żołnierzy. Nie znalazłszy dowodów na potwierdzenie swoich oskarżeń, zapytali czy w szpitalu znajdują się ranni żołnierze niemieccy. W tym czasie na Płockiej leczony był tylko jeden Niemiec – żołnierz Wehrmachtu nazwiskiem Schliefacke lub Schliffacke (według innych źródeł – Lübke). Żołnierze zapewnili rannego, iż wkrótce zostanie ewakuowany, informując go jednocześnie, iż szpital zostanie wysadzony w powietrze. Po odejściu Niemców dyrektor Piasecki polecił dr. Zbigniewowi Woźniewskiemu, aby ten natychmiast ostrzegł o niebezpieczeństwie mieszkańców okolicznych domów ukrywających się w piwnicach szpitala. Kilkudziesięciu mężczyzn posłuchało ostrzeżenia i uciekło na teren kontrolowany przez powstańców.
Chwilę później do budynku wkroczyła grupa esesmanów, którym towarzyszyli żołnierze jednego z kolaboracyjnych batalionów azerbejdżańskich. Oficer SS polecił wprowadzić do gabinetu dyrektorskiego dr. Piaseckiego, prof. Zeylanda oraz szpitalnego kapelana, ks. Kazimierza Ciecierskiego. Wszystkim trzem kazano stanąć za biurkiem, po czym oficer zamordował ich strzałami w głowę. Żołnierze zastrzelili także kilku rannych leżących w szpitalnej piwnicy. Następnie zaczęli brutalnie wypędzać z budynku pacjentów oraz członków personelu, czemu niejednokrotnie towarzyszyło bicie oraz grabież cenniejszych przedmiotów osobistych. Miały miejsce wypadki, gdy ze szpitalnych sal wyprowadzano ciężko rannych oraz rekonwalescentów bezpośrednio po operacji (ponad 20 pacjentów musiano wynieść na noszach). Przed szpitalnym budynkiem tłum Polaków uformowano w kolumnę, a następnie pognano w kierunku zachodnim. Szlak przemarszu wiódł ulicami Płocką i Górczewską, między płonącymi budynkami, wśród stosów trupów. Nieopodal wiaduktu kolejowego przebiegającego nad ul. Górczewską żołnierze zaczęli czynić przygotowania do rozstrzelania całej kolumny, lecz prawdopodobnie ze względu na fakt, iż owe działania wywołały w tłumie duże poruszenie, egzekucja została chwilowo odwołana. Grupa ze Szpitala Wolskiego została ostatecznie doprowadzona do hal warsztatów kolejowych przy pobliskiej ul. Moczydło.
W halach na Moczydle zgromadzono już tysiące mieszkańców Woli, którzy w ścisku i w dotkliwym upale, bez wody i żywności, czekali na decyzję o swoim losie. Po przybyciu do hal Polacy przyprowadzeni ze szpitala zostali posegregowani – osobno ustawiono siostry zakonne, świeckie pielęgniarki, lekarzy, lekarki, personel pomocniczy oraz pacjentów płci męskiej i żeńskiej (wraz z rosnącym zatłoczeniem sal podział ten zaczął się jednak zacierać). Około godziny 14:00 – 15:00 z hal zaczęto wyprowadzać mężczyzn i chłopców – rzekomo do pracy przy rozbieraniu barykad i uprzątaniu ulic. Małymi grupkami, zazwyczaj po 10-12 osób, doprowadzano ofiary na pobliskie miejsca kaźni i tam rozstrzeliwano ogniem broni maszynowej. Miejscem masowych egzekucji stały się m.in. bezpośrednie okolice warsztatów, podwórze domu przy ul. Górczewskiej 51, fabryka kotłów „Simplex” przy ul. Górczewskiej 53, a przede wszystkim – podwórko kamienicy położonej przy zbiegu ul. Górczewskiej z nieistniejącą obecnie ul. Zagłoby (nieopodal torów kolejowych). Około godziny 16:30, gdy większość zdrowych i zdolnych do pracy mężczyzn wyprowadzono już z hal, Niemcy zaczęli wywoływać pozostałych mężczyzn – w tym pacjentów oraz członków personelu Szpitala Wolskiego. W jednej z ostatnich grup wyprowadzono na stracenie lekarzy i studentów medycyny. Egzekucje trwały do późnych godzin wieczornych. Historycy oceniają, że w rejonie ul. Górczewskiej i Moczydła zamordowano w tych dniach co najmniej 4,5 tys. mieszkańców dzielnicy. Według niektórych źródeł liczba ofiar mogła sięgnąć nawet 12 tys. thumb|Tablica upamiętniająca zamordowanych lekarzy i pracowników Szpitala Wolskiego. Plac Męczenników Warszawskiej Woli thumb|Przestrzelona koszula należąca do Eugeniusza Trepczyńskiego, pracownika Szpitala Wolskiego ocalałego z masakry w dniu 5 sierpnia. Muzeum Powstania Warszawskiego Likwidacja Szpitala Wolskiego dokonana w „czarną sobotę” 5 sierpnia 1944 przyniosła łącznie ponad 360 ofiar. Rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez Niemców w czasie powstania warszawskiego podaje, że w gronie rozstrzelanych znalazło się 300 pacjentów oraz 60 członków personelu medycznego i pomocniczego. Zamordowano sześciu lekarzy – obok dr. Piaseckiego i prof. Zeylanda zginęli: prof. dr med. Józef Grzybowski, dr med. Olgierd Sokołowski, dr Stanisław Chwojka oraz dr Kazimierz Drozdowski. Rozstrzelano wieloletniego felczera Szpitala Wolskiego, Stanisława Łempickiego, oraz dwudziestu trzech znanych z nazwiska członków pomocniczego personelu męskiego. Z rąk Niemców zginęło także sześciu „zaorszczaków” – tj. uczestników konspiracyjnych studiów medycznych prowadzonych pod szyldem legalnie działającej Prywatnej Szkoły Zawodowej dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego doc. Jana Zaorskiego. Byli to: Aleksander Banasiewicz, Kazimierz Łągiewka, Ludwik Mikulski, Telesfor Opiłowski, Juliusz Sieragowski i Ryszard Sułkowski (wszyscy oni odbywali praktyki w Szpitalu Wolskim). Spośród pacjentów oraz osób przebywających na terenie szpitala zginęli m.in. ks. Józef Rzychoń ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy (w latach 1937–1940 prefekt śląskiego seminarium duchownego z siedzibą w Krakowie) oraz Antoni Braunschweig (alumn warszawskiego seminarium duchownego).
Tylko nieliczni spośród wyprowadzonych ze szpitala mężczyzn zdołali przeżyć rzeź Woli. Z grupy prowadzonych na stracenie lekarzy i studentów ocalał „zaorszczak” Jan Napiórkowski, który zdołał w ostatniej chwili uciec z miejsca kaźni. Dwaj pacjenci, ks. Bernard Filipiuk i Eugeniusz Trepczyński, przeżyli egzekucję i ukryli się pod stosem trupów. W podobny sposób ocalał również pracownik szpitala Wacław Dąbrowski. Wśród sióstr szarytek ukrył się w przebraniu zakonnicy ks. Marian Chwilczyński. Pacjenta posługującego się nazwiskiem Jan Bęcwałek ocalił z kolei status volksdeutscha. Chirurdzy Leon Manteuffel i Stefan Wesołowski, a wraz z nimi pielęgniarki Barbara Warda i Irena Dobrzańska, zostali wyciągnięci z prowadzonej na Moczydło kolumny i zabrani do pracy na niemieckim punkcie opatrunkowym. Wkrótce obu lekarzy odwieziono w rejon wiaduktu kolejowego nad ul. Wolską (dr Manteuffel podawał, iż było to podwórze fabryki Kirchmajera i Marczewskiego przy ul. Wolskiej 79/81), gdzie spotkali jeszcze troje pracowników Szpitala Zakaźnego św. Stanisława. Niemcy początkowo nie wiedzieli co uczynić z przyprowadzonymi Polakami, jeden z podoficerów SS stwierdził wręcz, iż „zgodnie z poleceniem führera” należałoby ich „posłać do diabła”. Ostatecznie ze sztabu Reinefartha przyszedł jednak rozkaz odstawienia całej grupy do Szpitala św. Stanisława.