Upadek (fr. La Chute) – powieść filozoficzna Alberta Camusa wydana w 1956; jest jego ostatnim ukończonym dziełem literackim. Z akcją umiejscowioną w Amsterdamie, Upadek składa się z serii monologów samozwańczego Jeana-Baptiste Clamence’a, rozmyślającego nad swoim życiem w obecności nieznajomego. W formie przypominającej spowiedź, Clamence opowiada o jego sukcesie, kiedy to był bogatym paryskim adwokatem, cieszącym się wielkim szacunkiem wśród jego współpracowników, a także o jego kryzysie, i wreszcie o spadku z piedestału świetności, co w świeckiej terminologii odnosi się do upadku człowieka w Edenie.

Jak pisze Louis R. Rossi, Upadek w zamierzeniu Camusa miał być krytyczną autorską wypowiedzią na francuski egzystencjalizm spod znaku Jeana-Paula Sartre'a, byłego przyjaciela pisarza. Autor powieści, inaczej niż w przypadku poprzednich swoich utworów (Obcy i Dżuma), po raz pierwszy zdystansował się od głównego protagonisty. Choć kolejny raz w twórczości Camusa pojawił się motyw absurdalności ludzkiego życia, Clamence nie jest porte parole pisarza, lecz mającym pretensje do siebie i całego świata uosobieniem egzystencjalistycznej retoryki. W bohaterze Camusa upatrywano odpowiednika nietzscheańskiego Zaratustry, który wraz z upływem czasu zdobywa się na gest pokory. W przemówieniu samego Sartre’a poświęconemu Camusowi, opisuje on powieść jako „być może najpiękniejszą i najmniej zrozumianą” z jego książekL. Olivier, J. F. Payette, Camus: nouveaux regards sur sa vie et son oeuvre, Presses de l'Université du Québec, 2007, s. 66..

Tło Clamence często daje wyraz swojej miłości do otwartych, wysoko położonych miejsc – począwszy od szczytów górskich, aż po górne pokłady łodzi – Tak, czułem się dobrze tylko w górnych sytuacjach. Nawet w życiu na co dzień musiałem być ponad. Amsterdam, miejsce położone poniżej poziomu morza, ma więc wyjątkowe znaczenie w relacji do narratora. Miasto jest generalnie opisane w książce jako zimne, mokre miejsce, z cienką warstwą mgły, unoszącą się stale nad ulicami, wypełnionymi ludźmi i oświetlonymi neonami. Lecz poza niesamowitą atmosferą (którą można byłoby stwierdzić w niemal wszystkich innych miastach), Camus wybrał Amsterdam z innego powodu. W początkowych akapitach zauważa on że:

thumb|300px|left|Amsterdam Kanały Amsterdamu widziane z lotu ptaka, jak na zdjęciu, przypominają serię koncentrycznych kręgów wyłaniających się z centrum miasta, co doprowadziło Camusa do porównania ich do kręgów piekła.

Ostatnim kręgiem piekła jest dzielnica czerwonych latarni oraz miejsce położenia baru Mexico City, do którego Clamence chodzi każdej nocy, przedstawiając stopniowo swoje opowiadanie. (Bar Mexico City rzeczywiście istniał w Amsterdamie). Tło służy zilustrowaniu, dosłownie i w przenośni, upadku Clamence’a ze szczytów paryskiej społeczności w ciemne, mroczne i dantejskie podziemia Amsterdamu, gdzie umęczone dusze wędrują bez celu obok siebie. W rzeczy samej krytycy wykazali paralele między upadkiem protagonisty a zejściem Dantego do Inferno.

W kontekście rozwijania przez Camusa jego filozoficznych idei, istotne jest uwzględnienie tła II wojny światowej i Holocaustu. Clamence mówi, że mieszka niedaleko Mexico City, gdzie w przeszłości była dzielnica żydowska do momentu, kiedy nasi bracia hitlerowcy oczyścili teren. Mieszkam na miejscu jednej z największych zbrodni w historii. Upadek, między innymi, jest próbą wyjaśnienia jak ludzka istota mogła być zdolna do takiego zła.

Fabuła Życie w Paryżu thumb|200px|Albert Camus. Powieść zaczyna się obrazem siedzącego w barze Mexico City Clamence’a, swobodnie rozmawiającego z nieznajomym – to jest czytelnikiem – o odpowiednim sposobie zamawiania drinków. Pomimo kosmopolitycznej natury Amsterdamu, barman nie odpowiada na zapytania w języku innym niż holenderski. Tym samym Clamence jawi się jako tłumacz. On i nieznajomy – dowiedziawszy się uprzednio, że są rodakami, co więcej pochodzącymi z Paryża, omawiają kwestie materialno – prawne.

Clamence mówi mu, iż prowadził on w gruncie rzeczy perfekcyjny tryb życia w Paryżu, jako odnoszący spore sukcesy, poważany adwokat. Zdecydowana większość jego pracy koncentrowała się na sprawach wdów i sierot, biednych, pozbawionych praw obywatelskich osób, które nie byłyby w stanie zapewnić sobie odpowiedniej linii obrony przed wymiarem sprawiedliwości. Protagonista opowiada również anegdoty o tym, jak bardzo cieszyło go udzielanie przyjacielskich wskazówek nieznajomym, jak chętnie ustępował innym siedzenia w autobusie, dawał jałmużnę biednym, a przede wszystkim pomagał niewidomym w przechodzeniu przez ulicę. Podsumowując Clamence był przekonany, iż żył on wyłącznie dla innych i że osiągnął cel wyższy niż pospolity karierowicz i ten kulminacyjny punkt, gdzie cnota żywi się już tylko sobą.

Jednak pewnej nocy, będąc w drodze powrotnej do domu (od swojej kochanki) i przechodząc przez Pont Royal, Clamence ujrzał kobietę w czerni, pochyloną o krawędź mostu. Początkowo zwlekał przez chwilę, myśląc, iż jest to dość nietypowy widok, wziąwszy pod uwagę późną porę i pustki na ulicach, ale już po chwili zaczął iść dalej w swoim kierunku. Po przebyciu niewielkiego dystansu, usłyszał wyraźny odgłos ciała uderzającego o powierzchnię wody. Natychmiast się zatrzymał, wiedząc dokładnie co się stało, ale nie przedsięwziął nic – nawet nie zawrócił. Usłyszał tylko krzyk:

Pomimo postrzegania siebie jako bezinteresownego adwokata słabych i nieszczęśliwych, Clamence zwyczajnie ignoruje zajście, udając się w dalszą drogę. Brak jakiejkolwiek reakcji wyjaśnia on koniecznością narażania własnego życia.

Kilka lat po domniemanym samobójstwie kobiety przy Pont Royal – oraz w gruncie rzeczy po wymazaniu całego zajścia z pamięci – pewnego jesiennego wieczoru, Clamence zmierza w kierunku jego mieszkania, mając za sobą szczególnie przyjemny dzień pracy. Zatrzymuje się przy pustym Pont des Arts i rozmyśla:

thumb|200px|left|Albert Camus Clamence odwraca się i odkrywa, że śmiech nie był adresowany w kierunku jego osoby, lecz powstał prawdopodobnie podczas konwersacji między przyjaciółmi – w każdym razie w taki racjonalny sposób wyjaśnia on sobie owo zajście. Mimo to mówi, że słyszał go jeszcze wyraźnie za sobą, idący znikąd, chyba że z wody. Śmiech staje się tym samym dla protagonisty niepokojącym, gdyż przypomina mu o jego oczywistym niepowodzeniu w zrobieniu czegokolwiek, aby pomóc kobiecie, która zapewne utonęła lata wcześniej. Ten nieszczęśliwy zbieg okoliczności ma miejsce dokładnie w momencie, kiedy gratuluje on sobie samemu bycia osobą bezinteresowną. Co więcej ów śmiech jest opisany jako zdrowy, naturalny, przyjazny niemal, podczas gdy zaledwie kilka chwil później, Clamence opisuje swój własny jako dobry, serdeczny. To sugeruje, że miał on źródło w nim samym, co nadaje innego wymiaru ukrytej wymowie sceny. Wieczór na Pont des Arts reprezentuje dla protagonisty zderzenie jego prawdziwego ja z tym zawyżonym, i ostateczne uświadomienie sobie jego własnej hipokryzji.

Trzecie i ostatnie zdarzenie inicjuje upadek Clamence’a. Pewnego dnia, stojąc na czerwonym świetle, protagonista utknął za motocyklem, który zgasł tuż przed nim, przez co nie był on w stanie jechać dalej, gdy światło zmieniło się na zielone. Inne samochody stojące z tyłu zaczęły trąbić. Clamence prosi grzecznie, aby motocyklista zabrał jednoślad z drogi, tak żeby inni mogli go ominąć. Jednak za każdym powtórzeniem prośby, motocyklista staje się coraz bardziej zdenerwowany i grozi Clamence’owi przemocą fizyczną.

Rozdrażniony Clamence opuszcza pojazd aby stanąć oko w oko z owym człowiekiem, wcześniej jednak interweniuje inna osoba, która zapewnia protagonistę, że jest ostatnim z ostatnich i że nie pozwoli uderzyć człowieka, który mając motocykl między nogami jest na skutek tego w gorszej sytuacji. Clamence odwraca się aby odpowiedzieć rozmówcy, kiedy to motocyklista uderza go w głowę, a następnie szybko się oddala. Bez wzięcia odwetu na mężczyźnie z którym rozmawiał, poniżony Clamence resztkami sił wraca do swojego samochodu i odjeżdża. Później setki razy zastanawiał się on nad tym co powinien zrobić – a mianowicie uderzyć jego rozmówcę, a następnie udać się w pogoń za motocyklistą i zepchnąć go z drogi. Nosi w sobie urazę, co wyjaśnia następująco:

Protagonista tym samym dochodzi do wniosku, że jego całe życie było w zasadzie skoncentrowane na poszukiwaniu zaszczytów, uznania i władzy nad innymi. Uświadamiając to sobie, nie chce więcej prowadzić takiej egzystencji.

Kryzys Początkowo Clamence stara się odrzucić myśl o tym, że żył obłudnie i egoistycznie. Rozmyśla o jego wcześniejszych aktach życzliwości, lecz szybko odkrywa, że jego argumentacja nie jest efektywna: przykładowo za każdym razem, kiedy pomagał niewidomym przechodzić przez ulicę – co szczególnie sprawiało mu przyjemność – zdejmował swój kapelusz. Ponieważ w oczywisty sposób niewidomy nie jest w stanie ujrzeć owego gestu, Clamence stawia pytanie: Do kogo więc się zwracał? Do publiczności. Po roli, ukłony. W rezultacie tego widzi on siebie jako osobę dwulicową i obłudną.

Zrozumienie, że jego całe życie było wypełnione hipokryzją i zaprzeczaniu samemu sobie, przyśpiesza powstanie emocjonalnego i intelektualnego kryzysu. Co więcej nie jest on w stanie uciec przed odgłosami śmiechu, który zrobił na nim takie wrażenie na Pont des Arts i który z wolna przenika do jego całej egzystencji. Protagonista zaczyna nawet śmiać się z samego siebie, broniąc w sądzie sprawiedliwości i uczciwości. Nie będąc w stanie zignorować głosu, Clamence próbuje go uciszyć, odrzucając hipokryzję i rujnując dotychczas zdobytą reputację.

Chce tego dokonać przede wszystkim używając publicznie sformułowań i komentarzy, o których wie, że są postrzegane jako obraźliwe. Przykładowo określa żebraków jako osoby wprawiające w zakłopotanie, wyrażając przy tym ubolewanie, że nie jest on w stanie zatrzymać ich jako niewolników i bić batem, ale też zapowiada ogłoszenie manifestu wyjaśniającego, jak bardzo uciskani uciskają przyzwoitych ludzi. Protagonista posuwa się nawet dalej rozważając, iż będzie on potrącał:

Jednak ku frustracji i konsternacji Clamence'a jego wysiłki w tym kierunku nie przynoszą efektów, generalnie dlatego, że wielu ludzi nie bierze go na poważnie. Uważają oni, że człowiek o takiej reputacji nie mógłby mówić takich rzeczy, nie żartując przy tym. Ostatecznie dochodzi do wniosku, że próby drwin z samego siebie nie przynoszą rezultatów, a śmiech w dalszym ciągu go prześladuje. Powodem tego jest fakt, iż jego postępowanie nie jest szczere: Żeby uprzedzić śmiech, chciałem skoczyć w powszechne szyderstwo. W gruncie rzeczy chodziło o to, żeby uniemożliwić sąd. Chciałem mieć śmiejących się po swojej stronie albo przynajmniej sam stanąć po ich stronie.

Ostatecznie Clamence odpowiada na jego emocjonalno-intelektualny kryzys wycofując się z życia publicznego. Zamyka praktykę adwokacką i unika w szczególności byłych współpracowników, ale także ludzi generalnie i oddaje się całkowicie rozpuście. Podczas gdy rodzaj ludzki może być rażąco obłudny w miejscach, z których Clamence się wycofał, to już żaden człowiek nie jest hipokrytą w jego własnych przyjemnościach.

Życie w Amsterdamie Końcowe monologi Clamence’a mają miejsce w jego rezydencji, w byłej dzielnicy żydowskiej. Protagonista opowiada szczegółowo o wydarzeniach, które wpłynęły na jego obecne poglądy. W tym kontekście istotne są doświadczenia protagonisty z II wojny światowej. Z jej wybuchem oraz po klęsce Francji, Clamence rozważa przyłączenie się do francuskiego ruchu oporu, ale stwierdza, że i to byłoby daremne: thumb|170px|Obraz Sprawiedliwi sędziowie skradziony w 1934, nie został odzyskany.

Clamence decyduje się uciec z Paryża do Londynu, jadąc okrężną drogą przez Afrykę Północną. Tam jednak spotyka pewną przyjaciółkę, postanawia zostać, znaleźć pracę i koniec końców osiedlić się w Tunisie. Jednak kiedy alianci lądują w Afryce, protagonista zostaje aresztowany przez Niemców i uwięziony w obozie pracy głównie w ramach akcji prewencyjnej.