W tym czasie w Imbramowicach przebywali niemal wyłącznie romscy mężczyźni i dzieci, gdyż kobiety udały się po nową dostawę odzieży na handel.

Niemcy spędzili grupę polskich chłopów do sadu należącego do Jana Brzychcyka – gospodarza, który trzymał w swoim obejściu największą liczbę Romów. Mężczyznom polecono wykopać w sadzie zbiorowy grób o wymiarach około 6 metrów na 6 metrów. Jednocześnie rozpoczęła się masakra ludności romskiej. Osoby dorosłe ustawiano czwórkami i rozstrzeliwano, dzieciom rozbijano głowy o narożnik budynku. Pewną liczbę Romów ukrywających się w piwnicy domu Brzychcyka Niemcy mieli wybić przy użyciu granatów. Przerażone ofiary w większości wypadków nie stawiały oporu. Po zakończeniu masakry polskim mężczyznom rozkazano zebrać zwłoki zamordowanych i pogrzebać w sadzie Brzychcyka. Wiele ofiar dawało wciąż oznaki życia, lecz Niemcy rozkazali zakopać rannych żywcem.

Tej nocy Niemcy zamierzali również rozstrzelać ochrzczonego Żyda, który był żonaty z jedną z mieszkanek Imbramowic. Niedoszła ofiara zdołała jednak ujść z życiem. Józefa Orczyk twierdziła, iż Żyd zawdzięczał ocalenie „granatowym policjantom”, którzy celowo strzelali niecelnie, gdy uciekał z miejsca kaźni.