Z jednej strony raportowano bowiem o udziale „całej wsi” w napaści na niemieckich żołnierzy, aby w innym miejscu stwierdzić, że w ciemności „nie można było odróżnić naszych żołnierzy od nieprzyjaciela”. W pierwszych meldunkach nie pojawiła się informacja o schwytaniu na gorącym uczynku jakiegokolwiek Polaka z bronią w ręku. Na terenie Torzeńca nie znaleziono także broni lub amunicji. Dopiero w jednym z późniejszych raportów zameldowano o odnalezieniu rzekomego sprawcy strzelaniny, którym miała się okazać nie wymieniona z nazwiska „osoba cywilna”. Z tego względu zarówno polscy, jak i niemieccy historycy uważają, że strzelanina została najprawdopodobniej wywołana przez niedoświadczonych niemieckich rekrutów, którzy w nocnych ciemnościach przez pomyłkę ostrzelali się wzajemnie.
Jeszcze tej samej nocy niemieccy żołnierze przystąpili do pacyfikacji wsi. Chłopskie chaty podpalano i obrzucano granatami, a uciekających w panice ludzi rozstrzeliwano lub zakłuwano bagnetami. W ten sposób zginęło ośmioro mieszkańców Torzeńca, m.in. trzyosobowa rodzina Pietrzaków. Kolejnych osiem osób (kobiety i dzieci z rodzin Kuberów, Muskałów i Wieczorków) spłonęło żywcem w podpalonej przez Niemców stodole. Tej nocy zginęło łącznie 16 mieszkańców Torzeńca – w tym pięć kobiet oraz sześcioro dzieci.