Samosąd we Włodowie (także: „lincz we Włodowie”) – samosąd (w postaci pobicia i zabójstwa) dokonany 1 lipca 2005 r. przez mieszkańców wsi Włodowo na nękającym ich recydywiście Józefie Ciechanowiczu (ps. „Ciechanek”). 18 grudnia 2009 r. winni zabójstwa zostali ułaskawieni przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.
Tło wydarzeń Charakterystyka ofiary Ofiara linczu – Józef Ciechanowicz (ps. „Ciechanek”) urodził się 10 maja 1945 r. w Kondraciszkach. Wychowując się w dysfunkcyjnej rodzinie, już w okresie szkolnym stwarzał poważne problemy wychowawcze, oraz zaniedbywał naukę. W wieku dziecięcym i młodzieńczym zauważono występowanie u niego negatywnych cech osobowościowych, takich jak odrzucanie autorytetów, egoizm, chłód uczuciowy, impulsywność oraz skłonność do agresji. Cechy te miały się pogłębiać w późniejszym okresie jego życia.
W wieku 15–17 lat ze względu na trudną sytuację rodzinną został umieszczony w ośrodku wychowawczym. Rok po jego opuszczeniu popadł w konflikt z prawem, czego efektem był pierwszy wyrok sądowy i pobyt w zakładzie karnym.
Dalszą część życia Ciechanowicza stanowiła głównie seria pobytów w zakładach karnych na terenie całego kraju. W latach 1963–2004 skazywany był 13-krotnie (łącznie na ponad 27 lat pozbawienia wolności), stając się recydywistą. Spośród działalności kryminalnej Ciechanowicza wymienić można między innymi: groźby karalne, kradzieże, włamania, znęcanie się nad rodziną (psychiczne i fizyczne), pobicia, chuligaństwo, napaści z użyciem niebezpiecznych narzędzi (nóż, siekiera) z zamiarem spowodowania ciężkiego lub średniego uszczerbku na zdrowiu, napaści na funkcjonariuszy policji.
Jako osadzony Ciechanowicz sprawiał ogromne problemy w zakładach karnych, przez co wielokrotnie był karany dyscyplinarnie. Nie podporządkowywał się więziennemu rygorowi oraz przejawiał agresję wobec funkcjonariuszy służby więziennej, wychowawców, lekarzy oraz współosadzonych (w tym dopuszczał się pobić). Wielokrotnie podejmował również głodówki.
Na podstawie badań psychiatrycznych, w wieku około poborowym Ciechanowicz został zwolniony z odbywania zasadniczej służby wojskowej, a w związku z popełnianymi przestępstwami był później wielokrotnie poddawany kolejnym badaniom psychiatrycznym. W opinii biegłych sądowych psychiatrów Ciechanowicz nie cierpiał na aktywne choroby psychiczne ani niedorozwój umysłowy, przez co nie kwestionowano jego poczytalności. Wskazywano jednak na występowanie u niego ograniczonych zaburzeń osobowości (w postaci charakteropatii) oraz nieznacznych zmian organicznych w centralnym układzie nerwowym. Ciechanowicz był również osobą uzależnioną od alkoholu, co miało istotny wpływ na jego zachowanie. W czasie odbywania kary w 2003 r. zdiagnozowano u niego silne zaburzenia osobowości typu dyssocjalnego (permanentne lekceważenie i łamanie norm społecznych, niezdolność utrzymywania trwałych relacji, brak empatii, impulsywność, agresywność, bezwzględność, brak poczucia winy) i skierowano na oddział terapeutyczny dla skazanych z zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonymi psychicznie, celem podjęcia leczenia (które nie przyniosło rezultatów).
Relacje ofiary z mieszkańcami Włodowa Historia zatargów Józefa Ciechanowicza z mieszkańcami Włodowa sięgała na wiele lat wstecz przed kulminacyjnym momentem, jakim stało się jego zabójstwo. Skonfliktowany był on z niemal całym swoim otoczeniem, a jego relacje z mieszkańcami wsi opierały się głównie na niechęci, nienawiści i strachu. Mimo iż nie zamieszkiwał on na stałe we Włodowie, był tam jednak częstym gościem, a jego wizyty prowadziły do wytwarzania kolejnych antagonizmów. Spowodowane było to jego agresywnym zachowaniem, połączonym z częstym nadużywaniem alkoholu, przejawiającym się groźbami, zastraszeniami, wymuszeniami i pobiciamiTvn reportaże: Kto odpowie za lincz we Włodowie?Polska Times: Łaska za lincz, kary za rozbój.. Atmosferę zagrożenia wśród mieszkańców potęgował dodatkowo fakt, iż Ciechanowicz często przemieszczał się po wsi z niebezpiecznymi narzędziami (np. nóż, siekiera), z których używania w bójkach był znany. Według niektórych niepotwierdzonych relacji mieszkańców, wobec Ciechanowicza już wcześniej stosowano działania noszące znamiona samosądów, w czasie których dochodziło do jego pobicia.
Sytuacja przed samosądem W okresie bezpośrednio przed zabójstwem, konflikt pomiędzy Ciechanowiczem a mieszkańcami Włodowa rozgorzał na nowo.
Po opuszczeniu zakładu karnego we wrześniu 2004 r. zamieszkał on wraz ze swoją konkubiną w pobliskim Brzydowie. Tam regularnie psychicznie i fizycznie znęcał się nad kobietą, o czym wiedziała jej córka Jadwiga Rybak (spokrewniona z przyszłymi zabójcami Ciechanowicza – braćmi Winkami). Gdy po jednej z awantur w maju 2005 r. konkubina Ciechanowicza w wyniku odniesionych obrażeń została hospitalizowana, policja wszczęła przeciwko niemu nową sprawę, a pokrzywdzona wyprowadziła się do córki mieszkającej we Włodowie.
Po rozstaniu z konkubiną (co wiązało się z utratą dostępu do jej dochodów w postaci renty), Ciechanowicz zaczął coraz częściej pojawiać się we Włodowie, nachodząc pokrzywdzoną oraz jej rodzinę. Wiązało się to z wielokrotnymi groźbami (w tym o pozbawieniu życia) oraz zastraszaniem (także przy użyciu noża). Z czasem sytuacja eskalowała do przemocy fizycznej: 29 czerwca w czasie jednej z awantur Ciechanowicz uderzył butelką w głowę Jadwigę Rybak, po czym zbiegł przed przyjazdem wezwanej na miejsce policji; natomiast 30 czerwca, na dzień przed samosądem, zaatakował na ulicy jej syna, w wyniku czego doszło do szarpaniny.
Przebieg wydarzeń Wydarzenia poprzedzające Rankiem 1 lipca 2005 r. Ciechanowicz znajdując się pod wpływem alkoholu kolejny raz pojawił się we Włodowie, zachowując się przy tym agresywnie (wykrzykiwał groźby, przemieszczając się po wsi z nożem). Około godziny 17 nadal pijany Ciechanowicz napotkał Jadwigę Rybak udającą się do domu rodziny Winków. Podążył za nią, a po wtargnięciu na posesję wywołał awanturę z mieszkającym tam Tomaszem Winkiem, w czasie której Jadwiga Rybak uciekła do swojego domu. Pod groźbą wyrzucenia siłą Ciechanowicz oddalił się, jednak już po kilku minutach powrócił, ponownie wdając się w kłótnię z gospodarzem, który ostatecznie kopnął go w krocze i wyrzucił za ogrodzenie.
Po kilku minutach Ciechanowicz po raz kolejny wtargnął na posesję, tym razem uzbrojony w 25–30 cm tasak, wymachując nim i grożąc domownikom śmiercią. Gdy zbliżył się do Tomasza Winka, ten uciekł ze schodów swojego domu na podwórko, chwytając leżący tam kij w celu obrony przed napastnikiem.
W toku starcia obaj mężczyźni znaleźli się po pewnym czasie na drodze przed domem. Winek cały czas próbując przepędzić napastnika i wytrącić mu broń z ręki, w pewnym momencie potknął się i przewrócił. Zostało to wykorzystane przez Ciechanowicza, który wymierzył cios tasakiem w głowę leżącego. Temu udało się jednak w porę osłonić ręką, czego skutkiem była rana ramienia. Przed dalszymi ciosami Winek został ocalony przez obserwującego całą sytuację sąsiada, który gdy starcie przeniosło się na drogę, ruszył na pomoc i zdążył przy pomocy sztachety wytrącić Ciechanowiczowi tasak z ręki. W tej sytuacji napastnik zaczął uciekać, zabierając jednak po drodze tasak i grożąc przy tym, że wróci i zabije członków obu rodzin (zarówno Winków, jak i ich sąsiadów).
Po ucieczce Ciechanowicza, niezwłocznie zawiadomiono o całej sytuacji policję i poproszono o interwencję. Odbierający telefon policjant oświadczył jednak, że nie wyśle na miejsce radiowozu, ponieważ bierze on już udział w innej interwencji. Poprzestał na pouczeniu, o możliwości ponownego zgłoszenia na policję, gdyby napastnik powrócił, nie podejmując jednocześnie żadnych innych kroków w tej sprawie.
W związku ze zignorowaniem zgłoszenia telefonicznego, w godz. 17:30–18:00 małżeństwo Winków udało się do komisariatu w Dobrym Mieście, celem osobistego ponowienia zawiadomienia. Na miejscu dyżurny policjant zbagatelizował całe zajście oraz obrażenia pokrzywdzonego, stwierdzając iż załoga komisariatu jest zbyt nieliczna i zajmuje się „ważniejszymi sprawami”, a on sam jest zmęczony. Następnie pouczył zgłaszających, aby najpierw udali się do szpitala, a potem wrócili.
Po zszyciu i opatrzeniu ran na pogotowiu, małżeństwo wróciło na komisariat, a ich relacji wysłuchał inny policjant. Ten również zbagatelizował zajście, nie decydując się na podjęcie żadnych działań wobec Ciechanowicza, jednocześnie nie sporządzając protokołu oraz nie kopiując karty z pogotowia dotyczącej obrażeń. Policjant pouczył jedynie pokrzywdzonych, iż mogą założyć przeciwko Ciechanowiczowi sprawę cywilną oraz jeśli sytuacja się powtórzy ponownie powiadomić policję, która „o ile będzie to możliwe” interweniuje. Na komisariacie z ust policjanta padło również stwierdzenie, iż „są gorsze sprawy, a tu cała wieś nie da rady jednemu mężczyźnie”, co mogło zostać uznane za zachętę do „wzięcia sprawy w swoje ręce”.
Samosąd Po godzinie 18 małżeństwo Winków powróciło do domu, gdzie zdało relację mieszkańcom wsi o nieskutecznych próbach zainteresowania sprawą policji, wyrażając wątpliwość czy jej ponowne wzywanie odniesie jakikolwiek skutek. Około godziny 19 w pobliżu posesji ponownie pojawił się Ciechanowicz, grożąc zgromadzonym w okolicy mieszkańcom śmiercią, podkreślając również, iż zabije znajdujące się tam dzieci (w tym czasie na podwórku posesji bawił się 4-letni syn Winków oraz dzieci sąsiadów).
Dalszy przebieg wypadków, jak i liczba faktycznie uczestniczących w nich osób, były jednak trudne do ustalenia i do dziś pozostają niepewne, ze względu na różnice w zeznaniach, niechęć potencjalnych świadków do współpracy z prowadzącymi śledztwo, jak i wykazywaniem przez nich solidarności z późniejszymi oskarżonymi. Dalszy ciąg wypadków został przedstawiony za najbardziej prawdopodobną wersją przyjętą przez sąd w trakcie procesu.
Ponowne przybycie Ciechanowicza oraz charakter jego gróźb wywołały wśród zgromadzonych agresję. Mężczyźni zebrani na podwórku posesji Winków chwycili kije i zaczęli zmierzać w jego kierunku. Wobec takiego obrotu sytuacji, Ciechanowicz zaczął uciekać, a mieszkańcy rozpoczęli pościg, do którego spontanicznie dołączały kolejne osoby. Podczas gdy większość osób goniła Ciechanowicza pieszo, Tomasz Winek oraz Rafał W. uzbrojeni w kij i łom wsiedli do samochodu i pojechali za uciekającym, który zdołał w tym czasie oddalić się już na odległość 200–300 m. Po drodze do samochodu wsiadł również sąsiad Winka uzbrojony w młotek. W tym samym czasie za uciekającym ruszył również drugi samochód z zamiarem przecięcia drogi jego ucieczki.
Ciechanowiczowi udało chwilowo ukryć się przed pościgiem w przydrożnych krzakach. Niebawem został jednak dostrzeżony przez jadących pierwszym samochodem, co poskutkowało kontynuowaniem pogoni, tym razem pieszo przez pola. Sąsiad Winka pozostał przy samochodzie, on zaś chwycił pióro resora i razem z Rafałem W., dalej uzbrojonym w łom, podążyli za Ciechanowiczem. Rafałowi W. udało się dogonić ofiarę i uderzyć ją łomem w nogę, w odpowiedzi na co Ciechanowicz odwrócił się i zaczął wymachiwać nożem, co chwilowo powstrzymało napastnika. W tym czasie Tomasz Winek rzucił w niego resorem jednak nie trafiając, jednocześnie wzywając na pomoc swoich braci – Krzysztofa i Mirosława Winków, którzy w tym momencie pracowali nieopodal przy naprawie drogi. Ciechanowicz kontynuował ucieczkę, a do pościgu dołączyli dwaj bracia uzbrojeni w szpadle.